Bajkowa Kerrera, czyli 'wyspa zagajników'.

'Jedziecie na weekend na jakąś hiszpańską wyspę?' zapytał mój szkocki znajomy, kiedy mówiłam o naszych planach spędzenia trzech dni na wyspie Kerrera. Fakt, jej nazwa rzeczywiście brzmi ciut egzotycznie, a już na pewno nie szkocko. ;) Jakie było zdziwenie mojego kolegi, kiedy na mapie Szkocji pokazałam mu malutką kropeczkę tuż przy Oban. Kerrera należy do archipelagu Hebrydów Wewnętrznych; oddziela ją od stałego lądu wąska cieśnina o tej samej nazwie (Sound of Kerrera), którą przepływa się łódką zaledwie w pięć minut. I tych kilka minut wystarcza, żeby przenieść pasażerów do innego świata...
Mój znajomy zdziwiłby się zapewne jeszcze bardziej, dowiedziawszy się, że nazwa 'Kerrera' ma jak najbardziej szkockie korzenie. Pochodzi z języka Gaelic i w dosłownym tłumaczeniu oznacza 'wyspę zagajników'. Wyobrażam sobie, że tak właśnie wyglądała Kerrera dawno temu - porośnięta gęstymi lasami. Niestety teraz, podobnie jak na większości szkockich wysp, drzew jest tam jak na lekarstwo. Na Kerrera nie ma także asfaltowych dróg, szkoły, kościoła, poczty ani sklepów. Można by się zapytać: co tam właściwie jest do roboty i po co wogóle tam jechać? Czytajcie dalej, a poznacie odpowiedź na to pytanie! ;)
Płynąc na wyspę Kerrera musieliśmy zostawić samochód w porcie i zabrać ze sobą wszystko, co będziemy potrzebowali na weekend poza domem. Kiedy wchodziliśmy na maleńki prom (a właściwie należałoby powiedzieć - na łajbę) w Gallanach to skierowane były na nas ciekawe spojrzenia wszystkich współpazażerów. Byliśmy komicznie wręcz obładowani pakunkami i torbami, które zawierały cały prowiant dla czteroosobowej rodziny na dwa i pół dnia, plus milion rzeczy, o których pomyślałam, że trzeba wziąść na tak zwany wszelki wypadek. ;) Było tego zastarszająco dużo i, jak się zapewne domyślacie, większość wróciła z nami do domu. Na promie zostaliśmy natychmiast zauważeni przez Ellen, właścicielkę wynajmowanego przez nas domku. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę fakt, że na Kerrera mieszka obecnie sześćdziesiąt osiem osób - obce twarze wyhacza się natychmiast!
Rejs był krótki...

Ale widoki z pokładu cudowne!
Przypłynęliśmy do brzegu i od razu uderzyła mnie panująca na wyspie cisza. Pomijając śmiechy grupki dzieci, które razem z nami zeszły na ląd, było słychać tylko wiatr i dalekie beczenie owiec. Gdyby nie migoczące po drugiej stronie cieśniny światła Oban, to uwierzyłabym, że jesteśmy na dzikiej wyspie, z dala od cywilizowanego świata. Ellen szybko sprowadziła mnie na ziemię, pakując nas do rozlatującego się leciwego pick-upa bez bocznych lusterek, który stał zparakowany niedaleko molo, pośród kilku innych aut w podobnym stanie. Mieszkańcy Kerrera nie przejmują się przepisami ani serwisowaniem swoich samochodów - oficjalnie wyspa nie ma dróg umożliwiających transport motorowy. Wyboiste, nieutwardzone ścieżki na wyspie są nie do przejechania dla zwykłego samochodu osobowego. Co ciekawe, każdy z mieszkańców Kerrera ma też drugi samochód w idealnym stanie, zaparkowany po przeciwległej stronie Cieśniny Kerrera, w porcie Gallanach. Najzabawniejsze jest to, że północna i południowa część wyspy są od siebie całkowicie odseparowane. Nie łączy je żadna droga, nawet polna więc dwie zamieszkujące je społeczności żyją całkiem osobno, pomimo niewielkiej odległości. Teren pomiędzy północą a południem Kerrery jest nieprzejezdny nawet dla wysłużonych samochodów terenowych, którym niestraszne są zadrapania i wgięcia. ;)
Ponieważ na wyspę dotarliśmy późnym popołudniem i nieubłagalnie zbliżał się zachód słońca, to pierwszego dnia wystarczyło nam czasu tylko na krótki spacer po okolicznych wzgórzach. Dotarliśmy do pięknego punktu widokowego. z którego widać było okoliczne wyspy i ruiny zamku Gylen. A wszystko na tle nieba pokolorowanego zachodem!


Kerrera to niewielka wyspa, szeroka na dwa i długa na siedem kilomatrów. Te czternaście kilometrów kwadratowych ukształtowane zostały miliony lat temu przez wybuch lokalnego wulkanu. Wulkaniczna przeszłość wyspy nadaje jej specyficzny klimat i koloryt - jest tu piękna czarna plaża (przy której mieszkaliśmy!), są niesamowite geologiczne twory ze skamieniałej lawy i malownicze klify.
Czarna plaża przy Horseshoe Bay tuż przed naszym wakacyjnym domkiem

nasze lokum - ten mała drewniana chatka po prawej

 Cały drugi dzień spędziliśmy na eksploracji południowej części wyspy. Jeśli chcielibyście powtórzyć tą trasę to jest ona świetnie opisana na stronie WalkHighlands.   
Szlak wiedzie przy czarnej plaży Zatoki Horseshoe (Mełej Podkowy), przy której leży malowniczy wrak łodzi rybackiej. Dalej trasa zakręca, prowadząc wzdłuż  poszarpanego wybrzeża, kluczy wśród pagórków i w końcu, po krótkim podejściu, łączy się z drogą. Uważni piechurzy zauważą wkrótce słupki zwieńczone...imbrykami do herbaty! Jeśli pójdziecie szlakiem wyznaczanym przez kolorowe czajniczki, to dojdziecie do bardzo uroczej herbaciarni 'Kerrera Tea Garden and Bunkhouse', która poza sezonem jest niestety zamknięta. Stąd już bardzo niedaleko do najbardziej bajkowego miejsca na wyspie, zamku Gylen. Wzniesiony przez klan MacDougall w XVI wieku, Gylen Castle, stoi dumnie przy klifach południowego wybrzeża wyspy Kerrera. Zamek zamieszkały był zaledwie przez siedemdziesiąt lat; w 1647 roku, w czasie tak zwanej Wojny Trzech Krolestw, został zdobyty i prawie całkowicie spalony. Dzisiaj pozostały z niego tylko malownicze ruiny, jednak w czasach jego największej świetności, pod koniec XVI wieku, warowna budowla pełniła funkcję ważnego punktu na trasie transportu morskiego pomiędzy Szkocją kontynentalną a dalszymi wyspami archipelagu Hebrydów Wewnętrznych. Zamek miał cztery piętra, ogród, olbrzymią kuchnię i ... sprawnie działający system kanalizacji! Toaleta zachowała się do dnia dzisiejszego.
Do zamku można się dostać także drogą wodną. Przypatrzcie się dobrze zdjęciom zamku, a na pewno na jednym z nich zauważycie kolorowe kajaki. Kilka firm w Oban organizuje takie kajakowe przeprawy przez cieśninę Kerrera.
Imbryki zaprowadzą was na najlepszą kawę/herbatę i ciasto na wyspie ;)
Kerrera Teahouse. Uroczy, prawda?
Gylen Castle. Sceneria prosto z Game of Thrones! ;)




Opuszczaliśmy 'wyspę zagajników' z uczuciem niedosytu, który towarzyszy mi zawsze, kiedy wyjeżdżamy ze szkockich wysp. Wrócimy, kajaki czekają! ;)

Informacje praktyczne

  • Prom pasażerski na wyspę Kerrera wypływa z małego portu w Gallanach, niedaleko Oban, na zachodnim wybrzeżu Szkocji kontynentalnej. Statek o wdzięcznej nazwie Carvoria (tak mieszkańcy wyspy nazywali Kerrerę w XVII-XVIII wieku) został zbudowany specjalnie na potrzeby obsługiwania trasy Gallanach - Kerrera. Przeprawa trwa około pięciu minut, biletów nie trzeba rezrwować z wyprzedzeniem. Rozkład znajdziecie tutaj. Cena biletu powrotnego dla dorosłego: 3.20 funta, dla dzieci (powyżej 5 lat): 1.60, dzieci poniżej piątego roku życia płyną za darmo.
  • Urocza herbaciarna 'Kerrera Tea Garden and Bunkhouse' to jedyne miejsce w płudniowej części wyspy, gdzie można coś przekąsić. Otwarte tylko w sezonie, od Wielkanocy do końca września. Bunkhouse oferuje także siedem miejsc noclegowych.
  • Inne opcje mieszkaniowe to dwa domki na Airbnb. My mieszkaliśmy w czteroosobowym Horseshoe Bay Chalet, z widokiem na czarną plażę.
  • Ruiny zamku Gylen Castle są dostępne dla zwiedzających przez cały rok, bez opłaty.
  • Na pólnocny kraniec Kerrera można dostać się prywatnym promem, z Oban North Pier, więcej info tutaj.



13 komentarzy

  1. Przyznam szczerze że po przeczytaniu tytułu też miałam wrażenie, że będziesz opisywać hiszpańską wyspę :) śliczne miejsce, a te widoki - bajka :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzeczywiście jest tu jak w bajce. Szczególnie te skałki i ruiny robią wrażenie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Widoki są naprawdę przepiękne, ja jeszcze bardziej doceniam uroki takich zimowych widoków. Koloryt cudny, fajne krótkie wakacje w takich okolicznościach przyrody. A nazwa tez mnie zaskoczyła ale język Szkotów ma w sobie tyle tajemniczości. Pięknie dziękuje za ten wpis xxx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja pięknie dziękuję za Twój komentarz! :) Język Gaelic jest zupełnie inny niż angielski a jego odmiana szkocka ma też sporo wpływów ze staro-nordyckiego, stąd takie wyjątkowe brzmienie. Chciałabym się go nauczyć ale jest bardzo trudny.

      Usuń
  4. Niezwykłe miejsce. Trochę jak bajka, trochę jak kadr z filmu.

    OdpowiedzUsuń
  5. Marzy mi się Szkocja. I lepiej szybko te marzenia zrealizować, bo w przyszłym toku podróżowanie w tym kierunku może nie być takie łatwe :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli martwisz się o brexitowe zawirowania, to spieszę Ciebie uspokoić - przez co najmniej nalbliższy rok podróżowanie do Wielkiej Brytanii będzie się odbywało jak dotychczas. ;)

      Usuń
  6. Ojaaa! Jakie piękne zdjęcia. Zaciekawiłaś mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale klimat. Pęknie tam. Szkocja jest na mojej liście miejsc do zobaczenia.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie słyszałam o tej wyspie, więc dzięki za wpis. Fajne klimaty, slow life, piękne zdjęcia... :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Co za widoki! Zaczarowały mnie!

    OdpowiedzUsuń